Czy góra urodziła mysz?

Na pierwszy rzut oka tak to wygląda. Może powstała sytuacja przypominać „zjeść ciastko i zachować ciastko”, ale wydaje mi się, że zbyt mało na ten temat wiemy, aby kategorycznie wypowiadać się o faktach. Moim zdaniem interes został już dawno zaklepany, a teatralne gesty obu stron służą zachowaniu twarzy, tak w Barcelonie, jak i w Madrycie.

Każdy ciągnie kołdrę w swoją stronę, a w tle jest walka o utrzymanie mocnego euro, jako instrumentu w handlu międzynarodowym, czyli w istocie o być, albo nie być całej Unii (a wiemy, że nie tak dawno premier Rajoy spotykał się z Donaldem Trumpem). Wyrwanie Hiszpanii ze strefy euro byłoby ciosem, po którym trudno byłoby się frankfurckim bankom podnieść i Katalonia, czy niepodległa, czy podległa jest tutaj jedynie hałaśliwym pretekstem.

Poza tym ważne są imponderabilia. Katalończycy do dzisiaj czekają na przeprosiny z Madrytu za okrucieństwa wyrażone w 700-tysiącach tak zwanych „niehiszpanów”, którzy wyparowali ze świata w Mauthausen. O tej sprawie świat nabrał wody w usta i mało kto wśród nas wie, że coś takiego w historii XX wieku miało miejsce. Nie dziwi mnie, w takim kontekście, upartość Katalończyków, ani to, że podobnymi imponderabiliami  karmią się skrajności.

Trudno więc będzie rozwiązać węzeł, który coraz mocniej zaciska się na szyjach obu protagonistów. Końce – zaś – sznura ktoś trzyma bardzo daleko od Madrytu i Barcelony.

Co myślisz?

*