Słowak po katalońsku o Katalonii

Michal Čukan – Słowacja

Moim zdaniem fakt bycia Katalończykiem już, sam w sobie, jest pewną schizofreniczną paranoją. Każdy z nas identyfikuje Hiszpanię z wizją, iż – przy wielu różnych okolicznościach – kraj ten jest większościowy i hegemonistyczny, co w uproszczeniu opisywane jest, jako swoisty „madrytyzm”, czy też, może, kastylijskość. I od razu muszę powiedzieć, że to, po prostu, NIE JEST W PORZĄDKU, a myśleć o tym każdy sobie może to, co chce. Arogancja pewnego utalentowanego zwolennika Kastylii powoduje, że w dużej mierze coraz częściej stajemy się świadkami swoistej katalońskiej farsy. Nie klasyfikuję tego zjawiska, jako paradoks, ale największym zachęcającym do secesji Katalonii zdaje się być sam Mariano Rajoy, a to dzięki swoim obraźliwym stwierdzeniom o ostatnich wydarzeniach w północno-wschodniej części Półwyspu. Tak, więc, nie jest zaskoczeniem, że wielu tubylców ze wspomnianego regionu, pod pewnymi warunkami, psychicznie czuje się wyrzutkami z własnej ojczyzny, która i tak zawsze była kojarzona ze słoneczną Hiszpanią. Rzadko kiedy pamięta się niezaprzeczalny fakt, że starożytna Hispania, czyli bezpośredni poprzednik Hiszpanii, miała swoje miejsce urodzenia właśnie w iberyjsko helleńskich Empúries, które obecnie znajdują się w katalońskiej (jak kto woli: hiszpańskiej) prowincji Girona. Maksymaliści chcą wszystkiego, co powoduje, że język kastylijski jest teraz synonimem w ogóle hiszpańskiego, chociaż zapomina się o tym, że w Walencji i w Katalonii mówią w zupełnie innym języku i że mamy problem Gibraltaru, chociaż nie wolno zapominać o problemie Perpignan. Nie sądzimy przecież, że coś złego robi JM Serrat śpiewając w ojczystym języku, ale wolimy, aby robił to gdzieś na swojej prowincji, która nigdy nie była królestwem, która nigdy nie miała aż 300 lub 400 milionów ludzi mówiących po hiszpańsku, i która, krótko mówiąc, jest nic nie warta. Katalonia i Hiszpania, no ale kataloński to nie hiszpański, choć sama konstytucja państwa hiszpańskiego uznaje fakt, że istnieją przynajmniej 4 języki hiszpańskie. Ta sama konstytucja, która została zatwierdzona przez urodzonych w latach sześćdziesiątych, teraz wydaje się być fetyszem fundamentalizmu, utrwalającym coraz bardziej wirtualną rzeczywistość i coraz mniej odzwierciedlającym konstruktywne argumenty. Pęknięcie jest ogromne. Więcej ludzi niż w całej populacji Słowenii przeciwstawiło się, swobodnie i demokratycznie, neofrankizmowi, czyli istniejącemu w Hiszpanii ustrojowi politycznemu: i co panowie „nic się nie stało?” Nigdy nie byłem za pęknięciami, ale o wiele mniej podoba mi się monolit, czy też przymusowa asymilacja słabszych. Katalończycy mają prawo być tylko katalońscy, jeśli tak zdecydują. A że w ostatnich latach pojawił się separatyzm oparty na oportunizmie gospodarczym, podkreślający wyjątkową pozycję Katalonii w planie gospodarczym? Prawda jest taka (wszyscy to wiemy), że znaczna część dobrobytu „xauxós” pochodzi z pracy setek tysięcy ludzi pochodzących z pozostałej części Półwyspu; ludzi, którzy opuścili miejsca ojczyste, aby przyczyniać się do sukcesu projektu „zamożna Katalonia”, tej samej, zresztą, Katalonii, która bez problemu skorzystała z pomocy Kastylijczyków robiąc biznesy w północnych Włoszech pod koniec XV wieku, czy też z warunków ustalanych przez wspólne imperium handlowe. Cóż, ostatecznie bankructwa w latach 1640 i 1714 wysłały wielogłową Iberię na cmentarz historii, pozostawiając tylko hiszpańsko – katalońskie zgliszcza, w których wielokulturową Hiszpanią są zarówno Iglesias i Sabina, Llach i Raimon. A tych ostatnich i wielu innych w różnych dziedzinach kultury nie powinno się traktować tylko i wyłącznie jako Hiszpanów z madryckim sznytem. Kultura katalońska, lecz także baskijska, galicyjska, wszystkie one mają naturalne prawo do rozwoju, bez pozostawania w cieniu, gdzie mogą się jedynie udusić. Te słowa też nie są napisane po hiszpańsku, chociaż taki wspólny język mógłby uchodzić za bardziej naturalny dla całej reszty świata. Sardana jest tak samo hiszpańska, jak „flamenco”. Kataloński jest wart tyle samo, co hiszpański. Nie jest to źle mówiony kastylijski „castellano malhablao” ani jakiś „polaco”, ani „bleble”, mówiąc z pewną pogardą. A jeśli ci, którzy chcieliby uciec się do broni, zamiast szukać budujących mosty argumentów, za każdym razem, kiedy pojawia się kwestia emancypacji katalońskiej nie są w stanie wyobrazić sobie Hiszpanii jako wielokulturowej ojczyzny, coś w rodzaju Szwajcarii iberyjskiej, ci sami ignoranci (a nawet maniacy) w żaden sposób nie zasługują na współżycie z Katalończykami (i nie tylko z nimi). Separatyzm kataloński nie jest chorobą, głupotą, czy tylko oportunizmem gospodarczym i nie jest wynalazkiem klanu Pujolów. To zwykły instynkt samoobrony i, jednak, naturalne dążenie narodu, suwerennego narodu iberyjskiego, który zasługuje na to, aby być szanowany i traktowany jak równy z równym, być może w ramach państwa federalnego. Inna postawa może wspomóc drugą stronę, a – z drugiej strony -emancypacja wcale nie oznacza całkowitego odseparowania. I myślę, że nadal istnieją mosty, które należałoby wzmocnić, chociaż nic już nie będzie tak samo, jak dawniej. To smutne, ale myślę, że lepiej fakt ten uznać i to jak najszybciej.

 

 

Co myślisz?

*